Zimowe wejście na Turbacz - serce Gorców 0 komentarzy
Kiedy myślę o czymś przyjemnym zawsze przed oczami stają mi Gorce. Wszystkie wakacje, ferie które tam spędzałam stały się dla mnie najlepszą skarbonką wspomnień. Beztroskie chwile kiedy sama wędrowałam po górskich szczytach Gorc mają dla mnie sentymentalne znaczenie. Fajnie jest mieć rodzinę w górach - w malowniczo położonej Ochotnicy - gdzie znam każdy zakątek i każdy kamień darzę wielkim uczuciem.
No ale koniec tych wspomnień…
Na Turbaczu byłam hmm.. chyba milion razy ;-) ale tym razem po raz pierwszy z moim kochanym chłopakiem. Jako towarzysza mięliśmy jeszcze Maćka - kolegę z pracy.
Dzień wcześniej nocowaliśmy w Rabce, rano w sobotę samochodem podjechaliśmy do czerwonego szlaku i już o 9 wychodziliśmy w górę.
Pogoda ładna, świeci słońce ;-) jedyny problem to lód na szlaku:/ nie mamy raków, kto by brał raki wychodząc na Turbacz? Idziemy wolno - inaczej się nie da. Przechodząc obok wyciagu widzimy jak narciarze i deskarze starają się zjeżdżać w śniegu - który bardziej przypominać zaczyna wodę ;-)
Dochodzimy do Jaworzyny Maciejowej - tam krótka chwila na odpoczynek i zagrzanie się przy kominku:) Ceny w bufecie mają jak zwykle - drogie… Wyglądamy przez okno - Tatr niestety nie widać.. mgła, słaba widoczność. Po dłuższej chwili zasiedzenia trzeba ruszać dalej - przytulas z Meetomem i wychodzimy. A tak przyjemnie się siedziało ;-)
Trasa mija nam szybko - rozmowy, żarty i już prawie jesteśmy na Starych Wierchach. Dodam jeszcze, że po drodze spotykamy kolegę Maćka - Tomka K. - z którym będziemy mięli nie raz okazję w przyszłości wybrać sie na górskie szaleństwo ;-)
Popołudniem słońce zachodzi i robi się chmurnie. Wychodząc ze Starych Wierchów pogoda zaczyna się psuć. Narzucamy tempo, nie ma czasu na odpoczynek.
Szybkim krokiem docieramy na Turbacz - nie wchodzimy już do schroniska - tylko wśród złamanych drzew brniemy na szczyt. Mało co widać:) ale i tak jest pięknie. Chwila na gorącą herbatkę, coś słodkiego. Napawamy się świeżym powietrzem i zapachem leśnych drzew.
Około godziny 19 docieramy z powrotem do Rabki - jest już ciemno. Czołówki to naprawdę całkiem przydatna rzecz:)
Dzień pełen wspomnień zakończył się dla mnie koło godziny 22.
Uwielbiam Gorce, kocham je za każdą ich niedoskonałą część, za każde moje stłuczone kolano, kiedy biegałam po górskich łąkach nie zauważając jakichś kamieni i rozbijałam sobie wszystko co się tylko dało. Myślę o nich zawsze kiedy czuję zapach palacego się drzewa - bo przecież to tam wspólnie ze znajomymi paliliśmy ogniska i to tam jadłam najlepsze kiełbaski a na drugi dzień pieczone ziemniaki. I mimo, że moje ambicje rosną - i teraz częściej jeżdże w Tatry, może w tym roku uda się wyjść na Mont Blanc - to właśnie Gorce zostaną w moim sercu najważniejsze.