Wietrznie na szlaku.. czyli 8-9.11 w Tatrach Zachodnich 0 komentarzy
Nowe raki zakupione więc.. trzeba koniecznie je przetestować! Będę miała okazję założyć je na buty i poczuć się “prawie jak zawodowiec” ;-)
Postanowiliśmy tym razem wybrać się na dwa dni w Tatry Zachodnie. Nocleg w schronisku na Polanie Chochołowskiej. Pierwszy dzień mamy potraktować jako rozgrzewkę, a drugi zostawiamy na deser:) Wszystko zapięte na ostatni guzik - ciężkie plecaki spakowane - czas wyruszyć w podróż górskimi dróżkami.
Pobudka w sobotę nie była taka straszna, 6.00 - da się przeżyć. Na miejscu przed Doliną Chochołowską byliśmy koło 9.30. Czas założyć plecaki na barki i w górę. Idziemy doliną znacznie wolniej niż normalnie, ogranicza mnie mój plecak. Nie jestem przyzwyczajona do noszenia czegoś tak ciężkiego. Trudno mi się oddycha i co jakiś czas muszę się zatrzymywać by coś poprawić. Droga mi się dłuży i mam ochotę wywalić połowę rzeczy. Ale co? Wszystko co wzięłam - jest niezbędne, nic poza tym co ma mi się przydać!
Co jakiś czas wypatruję śniegu, lodu, w końcu po coś te raki wzięłam. Tylko, że nic nie widzę.. górskie szczyty błyszczą w słońcu kolorami jesieni, chmury omiatają je i mkną jak oszalałe przed siebie. Może to jeszcze za nisko, przecież to dopiero początek.
Jest 11:30 - w końcu dotarliśmy do schroniska. Chwila na coś do zjedzenia, moje plecy mają szansę troszkę odpocząć. Słońce pięknie świeci - nie wchodzimy więc do środka, tylko rozkoszujemy się jego promieniami na zewnątrz przy ciepłej herbatce z malinką. Postanowiliśmy wejść dzisiaj tylko na Grzesia (1653 m. n.p.m.), mamy więc troszkę czasu przed zmrokiem. Trochę niepokoją nas tylko te chmury. Spoglądając w niebo mamy wrażenie, że chmury zdają się śpieszyć na jakieś bardzo ważne spotkanie! Ani chwili odpoczynku - pędzą jak konie do przodu.
Koniec tego lenistwa - czas założyć plecaki na barki i w górę. Żółtym szlakiem ruszamy w kierunku Przełęczy Bobrowieckiej (1356 m. n.p.m.). Nie jest łatwo. Im wyżej wychodzimy czujemy coraz mocniejszy wiatr. W okolicach przełęczy robimy sobie mały postój na herbatę. Jest on jednak niemożliwy na otwartej przestrzeni. Wiatr daje nam we znaki. Pół godziny ostrym wejściem niebieskim szlakiem w kierunku Grzesia a ja zaczynam przeklinać mój plecak. Po co ja w ogóle brałam te raki, które dodatkowo go obciążają? Teraz już wszystkie nasze wyobrażenia o tuptaniu w nich się zakończyły. Śniegu nie ma! Nigdzie nawet małego płatka śniegowego.
Wychodzimy na pustą przestrzeń tam gdzie szlak niebieski łączy się z żółtym. Wieje coraz mocniej. Wyjmuję aparat by zrobić kilka zdjęć. Ale jest to po prostu niemożliwe. Porywisty wiatr porywa mi go z ręki. Udaje mi się zrobić tylko dwa zdjęcia ale i tak nieudane.
Ruszamy wyżej. O ile wcześniej przeklinałam mój plecak, teraz jestem mu wdzięczna - inaczej pofrunęłabym z wiatrem w siną dal. Koło 14 jesteśmy na Grzesiu. Mówię coś do Meetoma, ale on mnie nie słyszy, muszę krzyczeć. Łapiemy się za ręce i po chwili na szczycie uciekamy z niego w niższe partie góry.
Koło 15:30 byliśmy już w schronisku. Kupiliśmy nocleg na podłodze - tylko takie miejsca były. W sali, w której mamy spać na razie jest tylko kilka osób. Wybieramy sobie miejsce w kącie. Rozbijamy karimaty, wyjmujemy śpiwory. Jest zimno - więc na mały posiłek schodzimy do głównej sali. Sala tętni życiem. Zamawiamy sobie coś do zjedzenia. Gorąca zupka rozlewa ciepło po naszych ciałach.
Idziemy pod gorący prysznic, wracamy do naszych karimat i… zaczyna się w sali robić już ciasno. Przybywa coraz więcej ludzi. Po niedługiej chwili ciężko jest się już przemieścić do wyjścia. Wieczór umilamy sobie rozwiązywaniem sudoku i planowaniem kolejnego dnia podróży. O 21 zasypiamy. W nocy jest mi przyjemnie w moim cieplutkim śpiworze. Cieszę się, że kupiłam właśnie taki śpiwór ;-)
O 5:25 budzi mnie budzik. Wychylam głowę ze śpiwora, wszyscy jeszcze śpią, trącam Meetoma. Nieee, chyba jednak wybierzemy ten lajtowniejszy plan wycieczki - co później okazuje się dobrym wyborem. Po chwili zasypiam, by obudzić się przed 7 i zobaczyć, że połowy ludzi już nie ma. Wstajemy, robimy sobie śniadanie i wyruszamy koło 8:30 w drogę.
Dzisiaj jest jeszcze gorzej. Po wczorajszej zaprawie bolą mnie ramiona od ciężkiego plecaka - a dzisiaj on wcale nie jest lżejszy. Idziemy w kierunku Wołowca (2064 m. n.p.m.) zielonym szlakiem. Idzie się trudno, bardzo wieje. Nie widzimy końca drogi gdyż chmury zasłaniają szczyty. Końcowy odcinek okazuje się dla mnie trudny. Ciężki plecak i wiatr nie pomagają mi wcale. Zjadam kilka ciasteczek przytulam się do Meetoma dzięki czemu ładuję akumulatory. Docieramy na wierzchołek. Kryjemy się za wielkim kamieniem - pijemy herbatkę i musimy jak najszybciej się zbierać. Silny wiatr uniemożliwia robienie zdjęć i wcale nie umila odpoczynku. Prawie nic nie widać. Chmury ograniczają bardzo widoczność. Górskie szczyty zdają się spać pod ciepłą kołderką z chmur.
Niebieskim szlakiem docieramy do Rakonia (1879 m. n.p.m.). O dziwo świeci tam słońce, możemy zrobić kilka zdjęć. Następnie schodzimy na słowcaką stronę, kierujemy się żółtym szlakiem poprzez Zabratową Przełęcz (1655 m. n.p.m.) do szlaku zielonego, który prowadzi na Grzesia.
Ten odcinek nie sprawia nam trudności, po stronie słowackiej nie wieje! świeci słońce!
W schronisku jesteśmy koło godziny 15:30. Robimy sobie krótki postój - niestety musimy siedzieć na korytarzu bo w głównym pomieszczeniu nie ma miejsc, jest tyle ludzi!
Jeszcze tylko 1,5 godziny drogi Doliną Chochołowską do samochodu. Docieramy do niego już po ciemku.
Jesteśmy bardzo zmęczeni - chyba głównym powodem tego były cieżkie plecaki. Ja nie jestem przyzywczajona do takich ciężarów, a Meetom chcąc mi pomóc część rzeczy wziął do swojego. Trzeba będzie się jednak przyzwyczaić do noszenia na plecach czegoś większego. Następna wycieczka mam nadzieję mi w tym pomoże:)




